Jak nie będzie dzieci, to nie będzie szkoły…
Tak dzieje się na przykład w okolicach Leska (województwo podkarpackie). Sąsiadujące z Leskiem wiejskie gminy oferują dzieciom z Leska bezpłatny dowóz do szkoły, fundują darmowe posiłki - byleby dzieci uczyły się w ich wyludniających się szkołach.
Na każde uczące się dziecko gminie przysługuje subwencja oświatowa. Średnio na jednego ucznia przypada kwota 5,3 tys. zł wpłacana do budżetu gminy przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Im więcej dzieci w szkole, tym dotacja na placówkę jest większa. Gminy więc starają się pozyskać dzieci spoza swojego terenu.
Natomiast zupełnie inaczej dzieje się w gminie Mogilany. Miejscowy wójt robi wszystko, aby zniechęcić rodziców do posyłania dzieci do szkoły w małej miejscowości Konary. Szkoła ta w ostatnich kilku latach zyskała ogromną renomę. Nawet mieszkańcy pobliskiego Krakowa chcą zapisać swoje pociechy do tej szkoły. Aby otworzyć dodatkowy oddział pierwszej klasy wystarczy kwota 26 tys. zł. Policzono, że dzięki zwiększonej dotacji gmina w przyszłym roku zaoszczędzi kilkadziesiąt tysięcy zł.
Czym się kieruje wójt Mogilan blokując przyjęcie większej liczby uczniów do szkoły? Czy nie interesuje go dobro szkoły, dobro dzieci, ani nawet rachunek ekonomiczny? Jak uświadomić urzędnikowi gminnemu, że gmina może tylko skorzystać, jeśli dzieci z innej gminy przenoszą się do szkoły w Konarach?
Były małopolski kurator oświaty Jerzy Lackowski na pytanie dziennikarza Radia RMF Maxxx o skomentowanie faktu blokowania przez wójta Mogilan dostępu dzieci do szkoły w Konarach powiedział: „Przecież mamy niż demograficzny. Dla mnie jest to w ogóle mało roztropne, bo w oświacie wiejskiej jest teraz autentyczna rywalizacja o dzieci, a jak nie będzie dzieci to nie będzie szkoły, gmina ma coraz niższe subwencje i ma naprawdę potężne problemy”.
Sebastian Rydz